lifestyle przeżyj coś

5 sposobów na kanapkę z ketchupem, czyli dlaczego warto wyjechać na studia do innego miasta

Możesz śmiać się pod nosem i kręcić z politowaniem głową, kiedy jakiś podstarzały (inaczej: w okolicach trzydziestki), myślący, że wie wszystko o życiu nudziarz powie ci, że nic tak nie przygotuje cię do dalszej walki na tym łez padole jak ucieczka spod skrzydeł rodziców i wyjazd na studia do zupełnie obcego miasta. Zapamiętaj jednak moje słowa: ten jeden raz możesz go posłuchać.

Nie ma znaczenia, czy jesteś z Pcimia Dolnego czy z metropolii warszawskiej, czy masz ośmioro rodzeństwa, czy jesteś ukochanym synusiem rodziców, czy podróżowałeś po całym świecie, czy może nie wychyliłeś nosa poza swoją małą ojczyznę. Jeśli chcesz sprawdzić się w najbardziej ekstremalnych warunkach i przekonać się, czy jesteś gotowy na nadejście apokalipsy zombie, to wyjazd na studia, najlepiej do miasta oddalonego przynajmniej o 100 kilometrów od domu rodzinnego, to najlepsze, na co możesz się zdecydować.

Oto subiektywny przegląd najważniejszych powodów, dla których warto rozważyć minimalne chociaż przyłożenie się do matury i poszukanie swojego szczęścia w innym mieście:

1. Możesz robić, co chcesz. Wstajesz, o której chcesz. Sprzątasz, kiedy chcesz (czyli prawie nigdy). Zatkany zlew czyścisz, kiedy chcesz. I dochodzisz do wniosku, że tęsknisz za czasami, kiedy mama stała ci nad głową, a twoje kanapki nie uciekały przed tobą na samodzielnie wyhodowanych nibynóżkach. Za to kiedy po trzech miesiącach dokopiesz się do swojej ukochanej koszulki, która w międzyczasie czterokrotnie zmieniła kolor i zapach, to będziesz z siebie dumny bardziej niż w dniu, w którym podliczyłeś pieniądze zebrane na komunii, i obiecasz sobie, że już nigdy nie doprowadzisz do takiego stanu. Ale kiedy rodzice cię odwiedzą, oburzysz się, że przecież nie muszą ci o tym przypominać co pół roku.

2. W ciągu jednego miesiąca zostajesz master chefem i analitykiem finansowym w jednym. Kiedy pod koniec wsparcia finansowego od rodziców albo wypłaty ze Starbucksa zostanie jeszcze za dużo miesiąca, odkryjesz w sobie pokłady kreatywności, których pozazdrościłby ci niejeden junior account manager. W lodówce masz jajka i ser, który częściowo przywłaszczyła już sobie pleśń? Razem z podkradzionym współlokatorowi szczypiorkiem przygotujesz sobie kolację, której nie powstydziłaby się knajpa przy Placu Zbawiciela. Z warzywnej mrożonki przygotujesz trzydaniowy obiad, a z resztek po imprezie stworzysz śniadanie miażdżące kaca skuteczniej niż Dębowe Mocne. Zrozumiesz też lepiej niż najzatwardzialszy rekin giełdowy, że każdy wybór niesie za sobą konsekwencje. Na przykład: jeśli kupisz kilogram pierogów z ulubionego sklepu Polaków, przeżyjesz kolejne cztery dni, za to twój żołądek przeżyje niejedne kuchenne rewolucje. Albo: jeśli zdążysz na piwne happy hours, wystarczy jeszcze na fajki i może nawet na kebsa na nocną gastrofazę. To ekonomia, której nie nauczysz się na żadnej uczelni.

3. Opanowujesz do perfekcji pracę w zespole, co przygotowuje cię na nieuniknioną przyszłość team worków i meetingów w korporacjach, w których niechybnie wylądujesz. Kiedy właściciel mieszkania oznajmi, że zjawi się jutro na kwadracie, bo akurat będzie w okolicy (aha), doprowadzicie ze współlokatorami mieszkanie do takiego stanu, że zapomni, iż jeszcze tydzień temu myślał o generalnym remoncie.

4. Albo zostajesz mistrzem biernej agresji. Jeśli będziesz miał nieco mniej szczęścia i nie trafisz na współlokatorów jak z amerykańskiego sitcomu, którzy zostaną twoimi przyjaciółmi do emerytury (większe prawdopodobieństwo), zdobędziesz inną, równie przydatną umiejętność: funkcjonowanie na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych z człowiekiem, którego w swoich myślach zamordujesz na 347 sposobów. Nauczysz się zostawiać na lustrze karteczki z uprzejmą prośbą o nieużywanie twojej pasty do zębów, ukrywając między wierszami subtelną aluzję do sytuacji potencjalnie zagrażającej życiu twojego współlokatora, jeśli do prośby się nie dostosuje. Na własnej skórze przekonasz się, że w stanie zimnej wojny nawet papier toaletowy może stać się bronią decydującą o wygranej lub przegranej. Poczujesz, jak to jest przeżywać ciche dni przez trzy kolejne miesiące. Czyli zdobędziesz same umiejętności, które kiedyś będziesz wykorzystywać w swoim życiu codziennym. Czysta inwestycja w przyszłość.

5. Nauczysz się Prawdziwego Życia. Teraz już całkiem na poważnie. Szczerze wierzę w to, że – o ile nie spotkało cię w życiu nieszczęście w postaci wychowania w dysfunkcyjnej, zrzucającej obowiązki na dzieci rodzinie – nie da się w pełni wejść w dorosłość bez zamieszkania chociaż na chwilę „na swoim”. Nawet jeśli to swoje jest wynajmowaną, dwudziestometrową kawalerką albo współdzielonym pokojem. Nic tak nie przygotuje cię do radzenia sobie z codziennymi problemami jak zepsuta spłuczka w środku niedzieli, załamanie nerwowe w czasie sesji czy 39 stopni gorączki i konieczność stania o 7 rano w kolejce do studenckiej przychodni, bo obok nie ma rodziców, którzy zrobiliby to za ciebie. Nawet jeśli okaże się, że same studia były największym niewypałem twojego życia, to umiejętności przetrwania w obcym mieście, z mniej niż równowartością płacy minimalnej na koncie i w otoczeniu ludzi, których czasami boisz się spotkać w środku nocy w drodze do łazienki, zostaną z tobą na długie lata.

 

Trzy lata po skończeniu studiów w mieście, do którego przejechałam 300 kilometrów, a w którym przed przyjazdem znałam dosłownie dwie osoby (i żadna z nich nie była moją rodziną), myślę sobie, że to była jedna z najlepszych decyzji mojego życia. Nie ma znaczenia to, że w dalszym ciągu nie mam stuprocentowej pewności, iż jestem w mieście, w którym chciałabym spędzić resztę życia – chodzi raczej o to, że przez te kilka lat mogłam się sprawdzić w najczarniejszych scenariuszach i wyszłam z nich obronną ręką, nawet jeśli gdzieś w środku zostały jakieś delikatne urazy. To całkiem podbudowuje, nawet jeśli na zewnątrz nie wydaje się godnym rozpisywania osiągnięciem.

 

2 Comment

  1. A rodzice zawsze wpadają w odwiedziny, kiedy na stole stoi pusta butelka taniej wódki po dzikiej imprezie polegającej na robieniu drinking game do głupiego serialu, który aktualnie oglądasz, a na podłodze poniewierają się zwłoki znajomych, którzy mają daleko do domu. Rip.
    (Trochę nostalgicznie mi się zrobiło. I trochę strasznie, bo to już tyle lat mija, a naprawdę wydaje się jakby to było wczoraj.)

  2. TAK. <3 I bardzo starasz się udawać, że nie masz kaca mordercy, ale rodzice niestety już co swoje przeżyli i nawet oszukiwana ketonalem głowa nie jest w stanie uratować Twojej godności.
    (Naprawdę, ja też jak patrzę na te zdjęcia trupów na naszej podłodze to mam wrażenie, że dopiero co wyprowadziłyśmy się z TARDIS.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *