lifestyle

Dobrze, że już po wszystkim, czyli 2017 w kilku słowach i liczbach

Kiedy czytam podsumowania roku blogerów, wymieniających swoje osiągnięcia i porażki (które sama często zaliczyłabym do małych sukcesów) i piszących o tym, jak to wyzwania i przeciwności z poprzedniego roku dały im siłę do stawiania czoła kolejnym dwunastu miesiącom, to uświadamiam sobie, jak bardzo nigdy nie będę człowiekiem skaczącym po obłokach motywacji i wierzącym w to, że co mnie nie zabiło, przyniosło chociaż ze sobą coś dobrego. Nie. Wszystko, co nie zabiło mnie raz, spróbowało znowu i pozostawiło z do tej pory latającymi wokół głowy gwiazdami i planetami.

 

 

W związku z tym moje podsumowanie nie będzie podzielone na sukcesy i porażki, bo obawiam się silnej nierównowagi w zestawieniu. Będą za to ważniejsze wydarzenia, które optymista zinterpretuje sobie jako osiągnięcia, a pesymista jak chce. No to lecimy.

 

  1. Powrót do pisania

To zdecydowanie jeden z największych pozytywów. Kiedyś byłam w stanie napisać nawet kilkanaście nadających się do pokazania szerszej publiczności tekstów rocznie. Poprzednie 2-3 lata były natomiast niekończącym się writer’s blockiem, za który winię przede wszystkim moją pracę, gdzie każdego dnia musiałam tworzyć po kilka tekstów na zlecenie. I nie były to teksty z przeznaczeniem do publikacji w wysokich lotów magazynach czy kwartalnikach literackich. W tej chwili piszę głównie dla siebie i, mój borze, jaka to miła odmiana.

Największym pisarskim osiągnięciem, poza relatywnie regularnym aktualizowaniem bloga, był dla mnie udział w wymianie gwiazdkowej na forum literackim, na którą w trzy dni napisałam 25 stron opowiadania w Wordzie. To dało średni wynik 3 tysięcy słów na dzień. Gdybym utrzymała takie tempo, to w pół roku napisałabym dwa tomy powieści.

 

 

  1. Rzucenie pracy. Podwójne

To był najbardziej rewolucyjny, a jednocześnie najbardziej przygnębiający rok w kontekście zawodowym. Po czterech latach zarabiania na życie w jednym miejscu doszłam do wniosku, że czas opuścić komfort posiadania własnego pokoju w biurze i elastycznych godzin pracy i może przez chwilę poczuć się jak dorosły z poukładanym życiem i popracować na umowie o pracę. Z pracy zrezygnowałam w lipcu, po około dwóch miesiącach poszukiwań innego stanowiska. Miesiąc później składałam wymówienie w kolejnym miejscu (chociaż to trochę dużo powiedziane, bo nigdy nie zobaczyłam nawet umowy) i zastanawiałam się, na ile miesięcy wystarczy mi oszczędności. Jak się okazało – na trzy. Tyle bowiem zajęło mi szukanie kolejnego zajęcia, a i to otrzymałam wyłącznie dzięki dobrej duszy z przeszłości. Dlatego jeśli ktoś mi mówi, że w Warszawie są takie możliwości i taka przyszłość, to bez skrupułów głośno śmieję mu się w twarz. Humaniści w dalszym ciągu mają pod górkę (zwłaszcza, jeśli chcą zarabiać pieniądze dające perspektywy na otrzymanie kredytu mieszkaniowego w ciągu najbliższych dziesięciu lat), a osoby, które chcą wystartować w zawodzie programisty bez uprzedniego doświadczenia komercyjnego, muszą uzbroić się co najmniej w kilkumiesięczną cierpliwość.

Moja sytuacja zawodowa sprawiła, że ten rok był wyjątkowo destrukcyjny dla mojego samopoczucia (o samoocenie nie wspomnę). Przeżywałam średnio dwa załamania nerwowe na tydzień i przez większość czasu nie nadawałam się do życia między ludźmi.

Następnym razem idę na bezrobocie na emeryturze.

 

 

  1. Włoski wieczór panieński

W tym roku moja siostra AKA Uciekająca Panna Młoda powzięła ostateczną decyzję o zmianie swojego statusu cywilnego. Zanim to jednak miało miejsce, powierzyła mi, ślubnemu noobowi, odpowiedzialną funkcję świadkowej, która wiązała się oczywiście z organizacją wieczoru panieńskiego. Jako że moja siostra nie robi nic na pół gwizdka, już parę lat temu ustaliłyśmy, że jej panieński nie może być zwykłym spotkaniem w gronie koleżanek, ze słomkami w kształcie penisa i kompromitującymi zadaniami, ale wydarzeniem z odpowiednią pompą. I tak w ciągu dwóch tygodni zorganizowałam weekendowy wypad do Bergamo dla siedmiu osób (w dalszym ciągu darzę wszystkie dziewczyny głębokim szacunkiem i podziwem za to, że bez cienia wątpliwości zgodziły się na ten pomysł), w czasie którego zrobiłyśmy spontaniczny wypad do Werony, wypiłyśmy hektolitry prosecco i tequili, zaliczyłyśmy nocne zwiedzanie opustoszałego Bergamo z trupem w tle, no i oczywiście poznałyśmy kolejny kawałek Italii, której nigdy dość.

 

 

  1. Nauka, nauka, trochę zawodu i więcej nauki

W kwietniu ukończyłam weekendowy kurs programowania w szkole Coders Lab (tutaj możecie przeczytać o moich wrażeniach). Moja decyzja związana z rozwojem w kierunku programowania rodziła się przez dłuższy czas – nie wynikała z chwilowego widzimisię czy znudzenia swoją dotychczasową pracą. Zależało mi po pierwsze na zajęciu, w którym trzeba się cały czas rozwijać, ale które jednocześnie daje pole do wykazania się jakąkolwiek kreatywnością, a po drugie – na spełnieniu totalnie przyziemnej potrzeby, jaką jest stabilizacją finansowa. Okazało się jednak, że start w świecie programowania nie jest tak różowy, jak obiecują to szkoły – nie dajcie się zwieść tym pięknym sloganom, które gwarantują, że 80% absolwentów znajdzie pracę w ciągu trzech miesięcy od ukończenia kursu. Mnie pracy nie zapewniły nawet kolejne miesiące nauki i robienia własnych projektów po godzinach, nie zmienia to jednak faktu, że do dalszego rozwoju się nie zniechęciłam. Od października jestem już o krok bliżej do zostania pełnoprawnym front-end developerem, realizuję bowiem zlecenia na proste strony internetowe i poprawki w istniejących projektach. Wciąż jeszcze przede mną długa droga do samodzielnego stanowiska w jakiejś agencji kreatywnej albo software house’ie, ale nie porzucam nadziei, a przede wszystkim – chęci do nauki.

 

 

  1. Przeczytane, obejrzane, pograne

Od trzech lat robię listę wszystkich obejrzanych filmów i seriali, przeczytanych książek i „zagranych” gier. W zeszłym roku pobiłam swoje rekordy w każdej kategorii: obejrzałam 110 filmów i 35 sezonów seriali (w sumie 16 tytułów), ograłam 8 gier i przeczytałam 27 książek. W tym roku chciałabym więcej grać i czytać, ale nie zakładam sobie żadnych pułapów, bo wiem, że wtedy będę skupiać się na ilości, a nie na tym, co faktycznie chciałabym poznać.

 

 

  1. Przeżyłam

A razem ze mną wszystkie osoby, które musiały znosić moje najgorsze momenty. Czy ten rok uczynił mnie silniejszą? Nie. Czy czegoś mnie nauczył? Chyba głównie tego, żeby nie przeceniać swoich możliwości (i to by było na tyle, jeśli chodzi o wszystkie motywacyjne slogany). I tak jak nie wierzę w żadne czyste karty, nowe początki i inne bzdury, tak uważam, że każda zła passa ma swoje granice i w którymś momencie musi się skończyć. Czy to już ten moment? Przypuszczam, że dowiemy się w ciągu najbliższych tygodni.

 

Oficjalnie kończę rozdział poświęcony swojemu toksycznemu związkowi z 2017 rokiem i zaczynam nowy, który, mam nadzieję, będzie miał przynajmniej kilka niegrafomańskich zwrotów akcji.

Do napisania,

2 Comment

    1. Nie mam powodu, żeby na blogu przedstawiać się z nazwiska. 🙂 A jeśli ktoś byłby ciekawy mojej tożsamości, to bez problemu znajdzie mnie po szybkim researchu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *