myśling

Przerażająca perspektywa przeciętności

Kiedy dorastamy, rodzice powtarzają nam, że nasza wyjątkowość pozwoli nam zdobywać świat. Kiedy zakochujemy się w jakiejś historii, jej bohaterem nigdy nie jest bezbarwna postać, ginąca w tłumie zwykłych ludzi. Kiedy śnimy, podejmujemy decyzje, które wypływają na pokolenia. A potem się budzimy i okazuje się, że nie możemy sobie przypomnieć, w jakim celu w ogóle zdzieraliśmy się z łóżka.

Ktoś powie, że to cecha charakterystyczna millenialsów. Ja tego nie zrobię, głównie dlatego że nie lubię szufladkowania ludzi według kategorii, które dobrze się sprzedają w artykułach, mimo że w rzeczywistości guzik tłumaczą. Nie zrobię tego też z tego względu, że nasi rodzice i dziadkowie wcale tak bardzo się od nas w tej kwestii nie różnili – nie mieli po prostu takich możliwości, żeby opowiedzieć o tym światu albo coś z tym realnie zrobić.

Bo niezależnie od tego, czy wsłuchiwaliśmy się z nabożeństwem w głos Freddiego Mercury’ego, obserwowaliśmy pierwsze kroki Neila Armstronga na Księżycu, wydzieraliśmy z gazet zdjęcia Beyoncé czy może zaczytywaliśmy w Bukowskim, wszyscy mieliśmy i mamy jedno życzenie, wynikające z paraliżującego strachu przed przeciętnością – być innym. Nie w tym nikt nie chce usiąść ze mną w ławce, bo jestem inny sensie. Bardziej: nie jestem taki, jak wszyscy wokół mnie i nigdy nie pozwolę sobie zmarnować życia i swojego potencjału.

Strach przed tym, że wmawiana nam nasza wyjątkowość okaże się tylko kolejną bajeczką, którą równie dobrze możemy schować pod poduszkę, towarzyszy nam bez przerwy. Mam wręcz wrażenie, że im jesteśmy starsi, im więcej tego zwykłego, niczym niewyróżniającego się życia mamy za sobą, tym bardziej jest odczuwalny. I pomimo zdobywanej wiedzy życiowej wcale nie jest nam łatwiej tłumaczyć sobie, że żaden ze światów się nie zawali, jeśli w którymś momencie swojej egzystencji nie zabłyśniemy jak gwiazda stająca się supernową, tylko będziemy sobie po cichu żyć, zmieniając wyłącznie mały wycinek naszego osobistego wszechświata.

Takie myśli dopadają nas wtedy, kiedy najmniej radzimy sobie z nową, zmieniającą się albo, wręcz przeciwnie, zbyt długo tkwiącą w jednym miejscu rzeczywistością. Kiedy idziemy na studia i nagle okazuje się, że po latach przodowania w szkolnych ławkach spadamy na szary koniec  kilkudziesięcioosobowej grupy ludzi, którzy wiedzą i potrafią znacznie więcej niż my. Kiedy szukamy nowych możliwości zawodowych i mimo naszych usilnych starań telefon milczy przez długie tygodnie. Kiedy kolejnej osobie przestaje zależeć na podtrzymywaniu kontaktu z nami, pozwalając znajomości umrzeć śmiercią naturalną, co wcale nie znaczy, że mniej agonalną. Kiedy funkcjonujemy na tych samych, powtarzalnych czynnościach, które ani świata nie zbawiają, ani w jakikolwiek sposób nie czynią naszej codzienności bardziej znośną.

Nie wiem, jak inni sobie z tym radzą, ale wydaje mi się, że w pewnym momencie przychodzi zwyczajna akceptacja. Nie mówię tu o pogodzeniu się z brutalną rzeczywistością, że świat nas okłamał, a my powinniśmy rzucić wszystko i od tej pory żyć po linii najmniejszego oporu, bo i tak niczego godnego zapamiętania nie osiągniemy. Myślę raczej o zaakceptowaniu tego, że może Pulitzera za swoją twórczość nie dostaniemy, nie uratujemy zagrożonej wyginięciem pandy, a Pudelek nie stworzy dla nas własnego taga, ale wciąż ktoś może popatrzy na nas i pomyśli, że w sumie fajny z nas człowiek jest.

Pomyślcie, o ile prostsze by było życie, gdybyśmy wchodzili w nie z takimi oczekiwaniami wobec samych siebie?

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *